Co robię, gdy w podróży dopada mnie zmęczenie

  • Ja
  • 12 kwietnia 2025
  • Home
  • Ja
  • Co robię, gdy w podróży dopada mnie zmęczenie

Zmęczenie w podróży przychodzi po cichu. Częściej to coś, co narasta dzień po dniu: trochę za mało snu, za dużo bodźców, ciągłe bycie „w drodze”. Nawet jeśli miejsce jest piękne, a wyjazd wymarzony, organizm i głowa w końcu mówią swoje.

Przez długi czas traktowałem to zmęczenie jak przeszkodę. Coś, co trzeba przeczekać albo zignorować. Bo przecież „jestem w podróży”, „szkoda dnia”, „jutro wracam”. Dopiero z czasem zrozumiałem, że zmęczenie nie jest wrogiem. Jest informacją.

Pierwszą rzeczą, jaką robię dziś, gdy czuję, że energia spada, jest zatrzymanie się. Dosłownie i w przenośni. Przestaję dokładać kolejne punkty do planu. Jeśli miałem zobaczyć jeszcze jedno muzeum, kolejną dzielnicę albo pojechać dalej – bardzo często tego nie robię. Zamiast tego pozwalam sobie na rezygnację. Nie „odpuszczanie z bólem”, tylko świadome wybranie lżejszego wariantu dnia.

To moment, w którym podróż przestaje być projektem do zrealizowania, a zaczyna być doświadczeniem. I paradoksalnie właśnie wtedy często zaczynam ją naprawdę czuć.

Kiedy zmęczenie jest fizyczne, dbam o absolutne podstawy. Sen, jedzenie, woda. Brzmi banalnie, ale w podróży łatwo o tym zapomnieć. Kolacja o dziwnej porze, kawa zamiast posiłku, kilka dni na skróconym śnie. Organizm prędzej czy później wystawi rachunek. Zamiast się na to złościć, staram się go po prostu zapłacić. Czasem oznacza to popołudniową drzemkę, czasem wcześniejszy powrót do noclegu, czasem dzień, w którym jedynym planem jest ciepły posiłek.

Gorzej, gdy zmęczenie jest mentalne. Gdy głowa jest przeładowana obrazami, dźwiękami, decyzjami. Wtedy bardzo świadomie ograniczam bodźce. Robię mniej zdjęć. Odkładam mapy. Przestaję sprawdzać, „co jeszcze warto zobaczyć”. Zamiast tego wracam do prostych czynności: spacer, siedzenie w jednym miejscu, obserwowanie ludzi. To często przywraca równowagę szybciej niż jakakolwiek atrakcja.

Zauważyłem też, że zmęczenie w podróży bardzo często bierze się z presji. Presji, żeby dobrze wykorzystać czas. Żeby mieć historię do opowiedzenia. Żeby wrócić z czymś „wartościowym”. Kiedy to sobie uświadamiam, przypominam sobie, że podróż nie jest egzaminem. Nikt mnie z niej nie rozliczy. Nie muszę niczego udowadniać – ani sobie, ani innym.

Są dni, kiedy najlepszą decyzją jest zostać w jednej dzielnicy. Albo nawet w jednym miejscu. Kawiarnia, park, ławka z widokiem. Bez poczucia, że coś tracę. Bo jeśli w danym momencie jestem zbyt zmęczony, żeby cokolwiek przyjąć, to nawet najpiękniejsze miejsce przejdzie obok mnie obojętnie.

Z czasem nauczyłem się też akceptować fakt, że zmęczenie w podróży nie zawsze ma związek z samą podróżą. Czasem jedzie ze mną coś, co zaczęło się dużo wcześniej. Napięcie, emocje, sprawy niedomknięte. Zmiana miejsca nie zawsze je wycisza. I to też jest w porządku. Podróż nie musi wszystkiego naprawiać.

Dziś, gdy dopada mnie zmęczenie w drodze, traktuję je jak sygnał, a nie problem. Znak, że trzeba zwolnić, a nie przyspieszyć. Że warto być dla siebie łagodniejszym, a nie bardziej wymagającym.

I bardzo często okazuje się, że właśnie wtedy – w tych wolniejszych, cichszych momentach – zostaje ze mną najwięcej. Nie z atrakcji, nie z list, nie ze zdjęć. Tylko z poczucia, że byłem w tym miejscu naprawdę, a nie tylko przez nie przebiegłem.

Zmęczenie w podróży nie oznacza, że coś poszło nie tak. Często oznacza, że zaczynasz słuchać siebie. A to jedna z najcenniejszych umiejętności, jakie można z podróży przywieźć.